VIII. Beskid Niski II 2009

Dzień 1

Stacjonujemy w Izbach w gospodarstwie Regiecówka! Swojski klimat jak u babci na wsi – krowy, ciepłe mleko, sery, grzyby, rowery zaparkowane w stodole – to co mieszczuchy takie jak my kochają najbardziej!! Celem wyrypy dnia pierwszego jest Magura Małastowska a konkretnie szlak zielony biegnący jej grzbietem. Przekazy głoszą że jest tam fajna ścieżka która na długości ponad 10km opada w dół – coś w sam raz dla nas. Wyjeżdżamy z Izb czerwonym szlakiem i przebijamy się do Ropek wywalcowaną leśną szutrówą – więcej podjazdu niż zjazdu niestety – porządnie rozgrzani żółtym szlakiem wpadamy do Ropek i nie zdążywszy nacieszyć się pięknem tej wsi dolatujemy do asfaltu w Hańczowej. dzien 1 Dalej asfaltem lecimy do Skwirtnego, potem Kwiatoń i Smerekowiec w którym nie mogliśmy znaleźć zielonego szlaku. Skubany przecinał asfalt i tuż przy ogrodzeniu jakiegoś domostwa wspinał się na łąkę, której według wskazówek napotkanego wieśniaka nawet traktory nie pokonują! Zachęceni tymi słowami pakujemy się tam czym prędzej. Przełożenie 1×1 na mokrej trawie i nie ma na nas mocnych, powoli wspinamy się w górę. Wjeżdżamy w las w którym wysokie trawy wkręcają się niemal wszędzie. Po drodze zaliczamy pierwsze jeżynobranie. W tym momencie należy wspomnieć że jak zwykle w takich chwilach emocje wzięły górę i pakując się rano zapomnieliśmy zabrać ze sobą gotówkę – nic, null ani zeta w kieszonce, tylko jedna kanapka ze śniadania i baton!! Perspektywa 80km na tym prowiancie powoli przestawała nas śmieszyć.

Na szczęście jeżyny w tym rejonie były bardzo dorodne i słodkie. Posileni darami lasu wyjeżdżamy na polane gdzie odnajdujemy żółty szlak, bardzo zresztą widokowy – kilka fotek i asfaltem w dół dojeżdżamy do przełęczy Małastowskiej. dzien 1 Odwiedzamy cmentarz nr 60 i niebieskim szlakiem(dość konkretny podjazd) podjeżdżamy do schroniska na Magurze Małastowkiej. A tu zaskoczenie, ponieważ nigdy wcześniej nie odwiedzaliśmy schronisk w Beskidzie Niskim, zero turystów, zero jakiegokolwiek poruszenia, tylko trzej kolesie niemrawo przed budynkiem ciągną żubra, znaczy się piwo! Słychać tylko cześć – cześć – widać że na herbatę raczej nie ma co liczyć, wyciągamy nasze jedyne kochane kanapki i przepijamy je wodą z bukłaka! Kilka fotek tego uroczego miejsca i zasuwamy dalej bo przed nami wspomniana na początku super ścieżka zielonym szlakiem. Szybko osiągając szczyt Magury zaczynamy zjazd który cały czas prowadzi przez las. Opisy tego odcinka jako zjazdu DH są mocno przesadzone, jest to po prostu super ścieżka która opada raz mocniej raz słabiej w dół, spora ilość powalonych pniaków, gałęzi i kolein oraz fakt że poprzednią noc lał deszcz bardzo uatrakcyjniły nam ten ponad 10km przejazd! dzien 1 Polecam wszystkim którzy lubią szybko śmigać w dół i przy okazji trochę się pochlapać błotem!

Na przełęczy Żdżar zmieniamy kierunek i cholernie szybkim i wąskim asflatem z prędkościami grubo powyżej 60km/h(na ostrym łuku niestety wylatujemy z drogi i o mały włos nie spadamy dosłownie w przepaść kosząc po drodze 2metrowe chaszcze) zlatujemy do głównej drogi na Bielankę. Uwaga na zamknięty szlaban na końcu zjazdu, kolega Maślana o mało w niego nie wyrżnął!!! Chwila odpoczynku na asfaltowym odcinku, podziwiamy widoki i pedałujemy w kierunku Nowicy przez Leszczyny. Odcinek ten choć asfaltowy jest bardzo widokowy nie daje nam zbyt długo odpocząć – wspinamy się coraz wyżej. Za Leszczynami czeka nas sporo błota i bodajże 7 przejazdów przez rzekę Przysłup. Mijamy Nowicę i wspinamy się asfaltem na punkt widokowy. Powoli się ściemnia, do Izb zostało ok .30km, jedzonko dawno się już skończyło, energii zaczyna brakować, morale spada – padają pierwsze niecenzuralne słowa!Czemu nie wzięliśmy cholernej kasy ze sobą??Czemu ta pętla jest tak długa?? dzien 1 Zjazd przez Oderne do Uścia Gorlickiego przywraca chęć pedałowania, składamy się w zakrętach niczym dawcy nerek pędząc 65-70km/h w dół serpentynami!! Już po płaskim mijamy Kwiatoń i zapalamy jedyną naszą tylną lampkę – jest w okolicach godz.19.

Kolejny piekielny podjazd żółtym do Hańczowej. W końcu skręcamy na szuter do Ropek. Jest ciemno, widać jedynie zarys drogi, nie wiadomo czy jedziemy po błocie, kałuży czy piachu. Wszystko nam jedno byle już się znaleźć w tych cholernych Izbach pod prysznicem. Z Ropek niestety DAJEMY Z BUTA żółtym w górę, totalna ciemnica, widoczność pół metra, słychać tylko uderzenia bloków o kamienie. Resztkami sił docieramy do czerwonego szlaku, który poprowadzony nową szeroką szutrówką sprowadzi nas do Izb. Szuter jest nam dobrze znany z porannej wspinaczki, i całe szczęście bo jedziemy po omacku, dobrze że jest szeroko i gładko bo nie widać nawet przedniego koła! Zaczyna padać. Podjazd kończymy w strugach deszczu, jeszcze tylko 3 km zjazdu – leje jak złoto!!!3 km zajebistego zjazdu pokonujemy na hamplach żeby nie wyrżnąć w drzewo albo nie wpaść do rowu. Jeszcze kilka pchnięć korbą asfaltem i już widać Regiecówkę – godzina 21.10 – leje!!! Podsumowanie : 83 km na kanapce batonie i bukłaku wody, prawie 7 godz. w siodle a na koniec dnia błoto w zębach i szuter w spodenkach – mieliśmy serdecznie dosyć!

Dzień 2

8.30 rano czyli śniadanko. Człowiek w stresie i zmęczeniu różne głupoty wygaduje – to odnośnie naszych deklaracji sprzed 12 godz. że mamy dość bika!!!Pada i nie zanosi się że przestanie – co tu robić?I wtedy przypomnieliśmy sobie o istnieniu kochanych żon i ich obecności u naszego boku. Szybka decyzja – pakujemy się do łady i walimy do Krynicy – cel Jaworzyna Krynicka oczywiście kolejką gondolową. Na górze zaliczamy rybkę w restauracji,(nawet przetarło się i wyszło słońce), potem do centrum na deptak krynicki, pijalnia wód, kawiarnia itp. Itd. Po powrocie do Izb spacer do doliny Bielicznej, po drodze mijamy Janka Rokitę(o dziwo nie tylko my kochamy takie zadupia) i wracamy na kolację. O godz. 22 urodziła się koncepcja grilla, niestety przy 8stopniach na zewnątrz kiełbasa nie chciała się dopiec.

Dzień 3

8.30 rano śniadanko, świeci piękne słońce choć zawiewa chłodny wiaterek! Naszym celem jest Czertyżne, przełęcz Lipka i przełęcz Hutniańska. Krótka ale jakże piękna trasa w tej części Beskidu Niskiego – ruszamy, mamy niecałe 3 godziny na jej pokonanie. Z Izb wylatujemy asfaltem i odnajdujemy niezbyt dobrze widoczną dróżkę, która przez rzekę prowadzi do nieistniejącej wsi Czertyżne. Pamiątkowa fotka przy cmentarzu i wspinamy się delikatnie na przełęcz Lipka. Cudowna okolica, świetna dróżka, piękne widoki – jest bosko. Po wczorajszym odpoczynku cieszy nas dosłownie wszystko. Mamy siłę napawać się pięknem tego miejsca.

Docieramy do siodła przełęczy – według mnie najpiękniejsze widoki jakie podziwiałem dotąd w Beskidzie Niskim – w oddali widać przełęcz Hutniańską na której będziemy za ok. godzine. Jest cudownie, chciałoby się tu zostać, zamieszkać?! Czas nas goni – niestety – ruszamy w dół naprawdę szybką kamienistą ścieżką. Za duże ciśnienie w mojej tylnej oponie powoduje że ledwo się utrzymuje na dróżce a na dole tuż przed skrzyżowaniem szlaków wpadam w metrowe koleiny i ledwo nie kończę zjazdu dachowaniem. Zajebisty odcinek!!! Pod pensjonatem Kudak krótki przystanek, redukuje ciśnienie w tylnym kole(lepiej późno niż wcale) i już komfortowo pedałuję niebieskim szlakiem. Szeroką szutrówką zaczynamy się wspinać, zaliczając po drodze przystanek na domowe ciasto(pyszny sernikowiec u przeuroczej babci) i podziwiając Swystowy Sad. Podmokła łąka wyprowadza nas na przełęcz Hutniańską, kolejne cudowne miejsce. Jest tak pięknie że aż nie chce się jechać dalej, w oddali widać przełęcz Lipka z której zjeżdzaliśmy.

I gnamy dalej niebieskim w dół przez Hutę Wysowską niestety już asfaltem w expresowym tempie dolatujemy do Wysowej. I tu kończą się główne atrakcje naszej wycieczki, pozostaje wrócić do Izb na czas,a to za sprawą domowego ciasta i herbatki nie było łatwe. Mieliśmy opóźnienie. Migiem lecimy asfaltem do Hańczowej i odbijamy do Ropek, a stąd już znaną drogą żółtym na czerwony szuter i ostatni zjazd w tym roku na którym kolega Maślana zamyka na szutrze licznik prawie na 70km/h. Bosko tylko szkoda że tak krótko!!! ALE JUŻ W MAJU ZNÓW TU WRÓCIMY ! ! ! ! ! ! Podsumowanie: 29 km, fuul wypas bufet, 2 godz. w siodle, tego dnia niestety mocno niestyrani…

IX. Beskid Żywiecki i Śląski 2010

Dzień 1

Zaczeliśmy w Stryszawie za Suchą Beskidzką, zostawiając auto u policjanta w garażu (tak się trafiło zupełnym przypadkiem) ruszylismy kierując się na Pasmo Jałowieckie. Pogoda dopisywała wspaniale a więc zapodajemy niebieskim kierując się na przełęcz Przysłop. Rozgrzewka na asfaltowym podjeĽdzie się przydała. dzien 1 Nakręceni jak szczeniaki (w końcu to początek sezonu i jubileuszowy wypad) wspinamy się leśną dróżką – pierwsza kontrola luzów w suporcie XT maślanej wykazuje ich obecność (na szczęście w granicach wartości roboczych). Plecaki zaczynają ciążyć na podjazdach do tego stopnia że węże od bukłaków zrobiły się za krótkie (ustniki mamy na wysokości ucha – sic!! zaczynają się jajca hahaha). Na szczęście zabraliśmy po cycu który daje szybkiego kopa ale przedawkowany grozi zgagą – ostrożnie uzupełniamy kalorie!!

Wpadamy na docelowy żółty szlak na Jałowiec (najwyższy szczyt dzisiejszego dnia). I tutaj zdziwienie – o fuck początek ostro w górę, ostre pchanko (oczywiście bika) zapodajemy przez dłuższą chwilę, szybko dzięki temu nabieramy wysokości, odsłaniają się piękne widoki na Babią Górę – cudnie!! Nawet z pchanka można czerpać radość co nie było dla nas tak oczywiste w tamtych okolicznościach. W końcu na koń i gonimy na przełęcz Kolędówki i docieramy do schroniska Opaczne – a tu kartka chwilowo zamknięte!!! Świetny początek myślę – człowiek po dymaniu pod górę zmęczony już bo jakoś wolno się rozkręcamy a tu kuku!! Urządzamy sobie zatem mały piknik w tle z Babią, słonko praży, kot się wyleguje obok nas – jest pięknie!! dzien 1 Posileni ruszamy dalej, cześciowo kręcimy czesciowo dajemy z buta, ale już na sam szczyt spokojnie da się wjechać w pełnej gracji, bo i w takim stylu trzeba się tam dostać, ten szczyt na to zasługuje – przepiękna panorama na Pilsko, Rysiankę Jezioro Żyweckie i dalej w oddali na Skrzyczne – cuda natury ludzie!!!

Na szczycie focimy ile wlezie i długo nie zabawiamy bo już godzina niezbyt młoda i czas na nas. Lecimy w dół – kolega maślana wykonuje to nazbyt dosłownie, niepokorny wór ciągnie ku glebie i mamy lądowanie przez kierę głową w zupie błotnej!! Ledwo udaje się ich wyciągnąć z tej kiły (znaczy wora i maślaka), są ubabrani jakby się wytażali w chlewie – dosłownie!!! Rower waży o jakieś 5 kg więcej, pulpit cały zalepiony łącznie z chwytami na kierze – SYF, KIŁA i MOGIŁA!! dzien 1 Ale jechać trzeba dalej, posuwamy się (a raczej przemieszczamy) w kierunku Lachów Gronia (co za składnia hahaha) cały czas żółtym widokowym. Nagle zauważam że za mną jedzie jakiś słoń na rowerze, o fuck co jest, nie zabierałem nikogo w teczke hahaha, aaaa to maślana z przyschniętym błotem na skórze jest koloru słoniowatego!!! Skóra słonia chroniła go przed różnej maści insektami – w sumie niezły patent!!

Jajca są na całego a tu chłodem powiało a przed nami zjazd do Koszarawy – ja zakładam wiatrówkę, kumpel nie musi, ma naturalną!!! Dolatujemy do asflatu i z braku czasu walimy asfaltem do Korbielowa jakieś 20 kilosów. Znajoma kwaterka czekała jakby na nas, świetny pokoik z tv i prysznicem. Lecimy na szybkiego pstrąga i z powrotem na meczyk do pokoju – w końcu mistrzostwa z RPA nadają!!

Dzień 2

Pobudka i spacerek do sklepu po śniadanie – wszystko pod kontrolą, jak to nie raz na wypadach w górach. Z zapowiadanego deszczu nici, pojawiają się nawet przebłyski słońca – na balkonie schnie i wykrusza się skóra słonia z koszulki!! Po kiełbasce na gorąco pora zadbać z deka o sprzęty, smarowanie łańcucha, sprawdzanie newralgicznych punktów, nazbyt gorliwie dokręcam wiecznie trzeszczący zacisk siodła i nagle…………. jebs!!!!!!!!!!!! (ale urwałłłłłłłłłłł!!!!!!!!!) pękła sobie śruba – nie wierze – no to pojechane!!!!!!!! ZAŁAMKA A to dopiero drugi dzień – a miało być tak fajnie! Ale spokojnie, czas ruszyć głową jak to robił w takich sytuacjach MacGyver. Chwila namysłu, ciach – trach i właściciel turystycznego KROSA stojącego obok nas w przechowalni raczej nie będzie pocieszony jak się kapnie że wcięło mu zacisk podsiodłowy – no cóż, akurat pasował średnicą a wujek MacGyver nic lepszego w pobliżu nie znalazł to sobie pożyczył 🙂

Uff siodło działaaaa:) Czym prędzej ulatniamy się z kwatery i obieramy kierunek na Hale Miziową, oczywiście krzesełka na halę Szczawiny w konserwacji – a jakżeby inaczej!! Pozostaje nam nartostrada do schroniska – kąt całkiem ciekawy, momentami tylko da się kręcić – ogólnie z kapcia!! Na szczycie pochwały od turystek w średnim wieku przywracają nam siły!! Kobitki zazdroszczą nam szczytowego czerwonego na Rysiankę – podobno jest piękny!!! A więc szybka przebierka ciuchów pod schroniskiem, wciągamy po kaszance z grilla i nie tracą czasu atakujemy. Jeszcze tylko odpowiedĽ na pytanie jednego z turystów – a czemu te opony są białe?? – pada odpowiedĽ – żeby były lepiej widoczne buahahaha. Pogoda w sam raz, lekka mżawka przeleciała, bez słońca ale ciepło. Szlak bardzo widokowy z przewagą w dół do Rysianki, tuż przed schroniskiem podziwiamy Tatry. A samo schronisko na Rysiance – rzeczywiście fajniejszego klimatu i widoków jak dotąd w schronisku w Polsce nie spotkałem!! Jajecznica na bekonie z widokiem na Tatry – POLECAM!!!

Szykujemy się do zjazdu żółtym do Ujsoł – rzekomo najbardziej widokowy szlak w beskidzie żywieckim – montujemy kamerkę!! dzien 1 Słusznie wybrałem przejazd właśnie w tą stronę – zadzabisty zjeĽdzior w dół z widokami którymi zbytnio się nie nacieszliśmy – nie było czasu, to co się działo pod kołami podsumowuje kapeć u kumpla na końcówce – spora ilość korzeni i mniej więcej od połowy stosy patyków i innych przeszkadzajek na szlaku – pozostałość po akcji drwali!!!! Kilka razy nawet oberwałem po goleniach! Na nowym Rocket Ronie Schwalbe brakuje 1/3 klocków na bieżniku – SZOK!!!!!Najlepszy odcinek jak dotąd i chyba wogóle plasujący się w czołówce!!!! Przed Ujsołami gubimy czarny szlak i pogonieni przez byka na dziko zjeżdzamy do asfaltu i szukamy kwatery – jak w morde strzelił w centrum wsi extra „zajazd” z restauracją w budynku straży – golonki, drinki i mecz na plaĽmie do póżnego wieczora!!!!!

Dzień 3

W nocy nawiedziła okolice jakaś konkretna ulewa, kałuże wielkości jezior to pozostałość po niej. Godzina 10 rano, siąpi, wyciągamy z plecaków co się da, posileni kurczakiem z rożna kierujemy się doliną Danielka w stronę Rycerzowej Małej. Mżawka szybko ustaje, asfaltowy odcinek nieĽle nas rozgrzewa, wilgotność jakieś 200%, zwalamy z siebie szmaty, ogólnie mokro jak cholera!!Przed nami na początek przeprawa przez rzeczkę – głupioby było na poczatek dnia zamoczyć kapcie więc nie ryzykując zdejmuje laczki i dymam na bosaka na drugą stronę – wody powyżej kolan a strumyk ma może ze 3metry szerokości – jajca jak berety!!

Zaczynamy podejście niebieskim – mała masakra – ledwo można podchodzić z rowerem u boku – breja totalna, mijani turyści patrzą na nas jak na dałnów!!! Z kapcia dochodzimy do przełęczy Kotarz i kierujemy się zielonym na Rycerzową Małą do bacówki. Początek stromy ale potem jest coraz lepiej – wychodzi słońce, które w połączeniu z parą w lesie daje świetne widoki i klimat – cała gleba paruje – jajca!! Takim powietrzem dawno nie oddychałem. Pomykamy do przodu mimo obsuwających się opon na śliskich korzeniach i kamieniach. Docieramy do bacówki na polanie – cudne miejsce – wita nas gospodarz – sęp znaczy lisek tj. piesek – kundel, który sępił szczawiową i racuchy z jagodami – nie jeĽdzi bydle po górach na biku a głodny jak nie wiem!!! Napakowalismy się że szczegół a przed nami totalne podejście po trawce na Rycerzową Wielką – zaczynamy się turlać pod góre,ale obciach, turyści patrzą!! haha – na szczycie widoki jeszcze lepsze, załączamy kamerkę bo przed nami niezły kawał czerwonego szlaku na Wielką Raczę.

Początek stromy, jakoże po deszczu dodatkowo utrudniony – pełna koncentracja bo nie jest łatwo – dalej wypłaszcza się i zaczyna się bardzo przyjemna jazda. Szlak prowadzi przez las i tylko momentami się wychyla, pojawiają się naprawdę szybkie odcinki, za przełęczą Przegibek jest jeszcze fajniej, ścieżka opada w dół i jest najeżona licznymi korzeniami – po deszczu robi się tu jeszcze zabawniej – non stop jest co robić, amor przechodzi test sztywności bocznej, którego jak się okazuje nie zalicza najlepiej!! Gdzieś w okolicy hali Śrubita po raz pierwszy dopompowuje tył – zaczyna lekko uciekać powietrze. Po chwili jazdy niepokojący terkot zaczyna dolatywać z mojego nowego tylnego XT – regulacja przy manetce nic nie daje. Zatrzymuje sie, na szczęście w pore – śruba płaska imbusowa napinająca ramię przerzutki prawie się odkręciła – próbuje ciut mocniej ją dokręcić i ……..jebsssss (ale urwał po raz drugi buahahahahaha!!!!!) co za jajca!!! A w zasadzie po raz trzeci jeśli by liczyć wciągnięcie przez opone kamerki i urwanie uchwytu kilka km wcześniej!!!!!

Ustawiam łańcuch z tyłu na największej koronce i mając do dyspozycji tylko przód zaczynamy podjazd na Wielką Raczę – jest na tyle stromy że da się go w całości podjechać, na końcówce niestety wjeżdzamy już w chmury. Jest ok. godziny 20 – chciał, nie chciał czeka nas postój w schronisku. Jadłodajnia juz zamknięta, gostek z obsługi znajduje dla nas jeszcze trochę bigosu +2 piwa – jest dobrze!!!! Bulimy po 8 zeta od czachy za nocleg (jak się potem okazuje oczywiście bez pościeli, co ma drastyczne konsekwencje). Pogoda kaszani się totalnie, robi się zimno pokój na piętrze dzielimy z 7 osobami – jak na obozie harcerskim – nademną na pietrówce śpi jakaś laska, kumpel zległ pod oknem obok jakiś majowych leszczy, ogólnie niezła kiła. Wyposażenie łóżek to jedynie przeklęte koce bez powleczeń które naciągamy na półnagie ciała bo przez dziury w oknach pizga zdrowo – nie do wiary że jeszcze rano było cieplutko!! Próbujemy usnąć!!

Dzień 4

Towarzysze z pokoju zwlekli się wczesnym rankiem – my podnosimy tyłki ok. godziny 9 – rzut okiem za okno – pada!!! dookoła mleko – zero widoczności – suuper poprostu!! Rzut okiem na ciało – o fuck całe pogryzione najprawdopodobniej przez pluskwy!!!!! a łaaaaaa a łaaaa oj jak swędzi!!!! Dodatkowo dociera do mnie że na zjeĽdzie na który czekałem całe 4 dni nie poszalejemy!!! Schodzimy na jajecznice – wciągamy podwójne porcje i dywagujemy że raczej możemy się już pożegnać ze Szczyrkiem do którego mieliśmy dojechać właśnie w niedziele czyli dziś! No cóż Baranią Górę zostawimy sobie na inny raz, a tymczasem trzeba się zbierać bo przed nami spory odcinek czerwonym granicznym do Zwardonia. Pompuje tył po raz drugi, wrzucamy na siebie deszczówki i żegnamy WIelką Raczę – zaczynamy czerwony!! Początek zgodnie z opisem dość stromy, ale nawet w panujących warunkach do zjechania. Po kilkuset metrach jesteśmy już nieĽle mokrzy – szlak jest mocno zarosnięty i zbieramy całą wodę z liści i krzorów.

Początkowo równolegle do szlaku leci dość ładna ścieżka i wykorzystujemy ją. Ogólnie z każdym metrem szlak opada znacząco w dół – robienie tej trasy w przeciwną stronę to pomyłka!!!! Pojawia się coraz więcej błota – jest cholernie ślisko, ledwo wychodzę cało z poślizgu na koleinie!! Ale ogólnie są jaja – widoczność na kilka metrów – zaczyna się fajny singletrack gdzieś za szczytem Przysłop i odrazu maślana łapie drugiego snejka – OSTATNIA DĘTKA idzie w ruch!! Klimat jest filmowy – dookoła mgła, tylko las i my!!! godzina 11 rano a mam wrażenie jakby była 19 wieczorem!! Przemoczeni już konkretnie ruszamy dalej – momentami trafiamy na fajne szybkie odcinki ale błota co nie miara!! Ogólnie czerwony jest tu bardzo miły oczywiście w tą stronę w którą jedziemy!! W końcu osiągamy szczyt Kikula – i tu zaczyna się niezła zabawa – zapinamy paski biodrowe bo od tego momentu szlak zapie….. na łeb na szyje w dół!!!!!

Zmęczenie daje się we znaki a teren wymaga pełnej koncentracji – ciągłe przeskakiwanie z lewej na prawą i walka z przyczepnością na błocie – przez chwile wciąga mnie koryto wymyte przez wode i lece w dół tracąc panowanie nad bikiem, godząc się z myslą że zaraz polegnę udaje mi się w ostatniej chwili wyprowadzić sprzęt na prostą!! Polecam zjazd z Kikuli w deszczu!!Dalej chwila po płaskim i lekkie podjazdy po czym znowu w dół tym razem po kamieniach i docieramy do pierwszych zabudowań Zwardonia – pompuje tył po raz trzeci!! Do Zwardonia wpadamy coś koło godziny 14 w szybkim głosowaniu decydujemy że pociągiem napieramy do Żywca a dalej się zobaczy.

Mając godzinkę do odjazdu wpadamy do jedynego otwartego baru na schaboszczaka (w końcu niedziela), robiąc niezły gnój przebieramy się w ostatnie suche ciuchy (w kiblu opatentowuje sposób na mokre buty – a mianowicie na suche skarpetki zakładam foliówki i mocuje je gumkami recepturkami – ma to póĽniejsze konsekwencje w upośledzeniu krążenia w stopach, no ale patent gdzieś kiedyś pierwszy raz ‚ trzeba wypróbować nie!! Na taki zestaw zakładam mokre kapcie i jest gitara!! Wrzucamy szybko kotleta do bębna i pakujemy się do pociągu – 10 zeta bilety a jak radocha!!! Po 35 km w Żywcu wylatujemy z peronów i decyzja jest prosta – nie czekamy prawie 2 godzin na pociąg do Suchej Beskidzkiej tylko lecimy asfaltem!! Jak się póĽniej okazało to było mordercze 35 kilosów które wypruło z nas flaki a deszcz na końcówce zlał nas dokumentnie do tego stopnia że piach z wodą z asfaltu miałem w papie!!! Nie sądziłem że tablica z napisem miejscowości może tak cieszyć – w końcu Stryszawa i nasz kochany SEJ 900cm3 z bagażnikiem rowerowym czeka – huraaaa!!!

Legenda:
cyc – mleko zagęszczone w tubce wysokoenergetyczne, które ssaliśmy niczym cyca skóra słonia – po lądowaniu przez kierę warstwa ochronna błota na skórze, świetnie maskuje, chroni przed insektami i chłodem wór – plecak wypchany po brzegi do ok. 7 kg będący efektem zbagatelizowania moich przedwyjazdowych zaleceń odnośnie „próbnego pakowania” bęben – brzuch pędzony na żarciu typu fast food i innych śmieciach

VII. Beskid Niski 2009

Dzień 1

…to chyba najlepsze określenie dla tego kawałka naszych Karpat. Góry są tu niższe, a doliny szersze niż choćby w sąsiednich Bieszczadach czy Beskidzie Sądeckim. Ale to wcale nie znaczy, że jest mniej ciekawie i przygodowo. Właściwie wystarczy zerknąć na mapę, żeby natychmiast okryć w Beskidzie Niskim kilka fantastycznych tras. Ten kawałek Polski to wymarzone miejsce na rower. W Beskidzie Niskim warto się nawet czasem zgubić, żeby znaleźć nową fajną ścieżkę.

Stacjonujemy w Chyrowej koło Dukli. Piękna agroturystyka Wiola urzeka nas wczesnym rankiem jajecznicą na bekonie i swojskim chlebem. Ogólnie super klimat i piękna okolica. Polecam, w przeciwieństwie do sąsiedniego ośrodka narciarskiego Chyrowianka, gdzie jedyna pozycja w menu w sezonie letnim to drewniany schabowy i mrożone frytki. Z Chyrowej pierwsze kilometry pokonujemy asfaltem do Dukli. Kierując się na wschód jedziemy przez Jasionkę do Lubatowej. Po prawej widok na górę Cergową, którą zostawiamy sobie na podwieczorek. Nie spodziewaliśmy się tam tak świetnej zabawy, ale o tym później W Lubatowej trafiamy na czerwone znaki szlaku beskidzkiego i już razem z nimi pędzimy do Iwonicza Zdroju. Jednak spragnieni zasmakowania beskidzkiego terenu odbijamy przed Iwoniczem w prawo na zielony szlak. Kilka fotek bo panoramy są cudowne i dalej przed siebie nie patrząc na mapę.

Niestety po kilkuset metrach okazuje się że kręcimy się w kółeczko-decyzja-trzeba wydostać się na Przymiarki, początkowo na przełaj przez łąki, las i rzeczkę lądujemy na punkcie widokowym na Przymiarkach. Podobno w przejrzyste dni widać stąd nawet Tatry. My nic nie widzieliśmy bo myśleliśmy już o szykującym się zjeździe, bardzo zresztą miłym i szybkim. Docieramy do górnej części Lubatowej. Stąd czeka nas trudny (jak na Beskid Niski) podjazd na wspomnianą wcześniej Cergową. Jazda tym grzbietem jest jedną z najciekawszych jakie kiedykolwiek zaliczyłem. Szeroka, dość gładka ścieżka, z rzadka poprzecina korzeniami, z niewielką ilością wystających kamieni. No i oczywiście osiąga się na niej poważne prędkości. Jadąc na zachód po lewej będziecie mieli łagodne, spokojne zbocza. Za to po prawej w niektórych miejscach otwiera się otchłań przepaści. Jest wręcz nieprawdopodobna! Rosnące tam buki zadają się przeczyć grawitacji. Na szczęście to tylko złudzenie, siła przyciągania na Cergowej działa całkiem przyzwoicie – będzie okazja żeby się o tym przekonać podczas fantastycznego zjazdu.

Pokonanie prawie czterystu metrów w pionie z wierzchołka do doliny Jasiołki nie zajmie wiele czasu i dla wielu będzie najprzyjemniejszą częścią tej rowerowej wyrypy. POLECAMY WSZYSTKIM!! Musicie tylko uważać w okolicach weekendu, żeby nie spotkać się z forsującymi tą górę zapaleńcami na enduro. Przy tej prędkości raczej nie było by wesoło. Po zjeździe już tylko parę machnięć korbą i jesteśmy w Dukli. Trasa ma niesamowity potencjał, mnogość ścieżek i dróg w tej okolicy sprawia, że można ją w wielu miejscach skrócić lub wybierać za każdym razem nieco inny wariant przejazdu.

Dzień 2

Drugiego dnia przenosimy się nieco dalej na teren Magurskiego Parku Narodowego. Trasę nazwałem Dziesięć Rzek, bo tyle razy trzeba na niej przekroczyć całkiem spore i głębokie strumienie. Zaplanujcie ją sobie najlepiej na ciepły i pogodny dzień. Nam pogoda dopisała. Dzień 2 Ruszamy z Kręmpnej i kierujemy się na południe, w górę doliny Wisłoki. Najpierw asfaltem, ale już po kilku kilometrach nawierzchnia zmienia się na miło szemrzący pod kołami szuter i piasek. Cała dolina stanowi pustkowie jakich mało nawet w skali Beskidu Niskiego. Po drodze mijamy kilka bocianów i myszołowów oraz ślady tętniących kiedyś życiem wiosek łemkowskich: Rozstajne, Nieznajową i leżącą na końcu doliny Radocynę, w której skręcamy na zachód, by przedostać się przez grzbiet do Koniecznej. Przy okazji zaliczając niezły zjazd – najpierw rozjeżdżoną drogą leśną, wymagającą przeskoków z jednej koleiny w drugą, później szybkim i dość gładkim szutrem.

Fajny szybki odcinek- co zresztą uwieczniła nasza kamerka! W Koniecznej skręcamy na północ i lecimy asfaltem aż do Gładyszowa(po drodze zaliczając niezłą górkę i bujając się do 72km/h)Następnie dalej asfaltem niezbyt ciekawym do Banicy i tu chwila zatrzymania. Przed nami odcinek żółtym szlakiem do Wołowca. Jednym słowem REWELA. MTB jakie kochamy, sporo błotka, strumyki ,powalone drzewa-kamerka nie miała czasu żeby odpocząć!

A potem przyszła pora, by się nareszcie porządnie zamoczyć w strumieniu. Niejednym. Zważywszy na to, że koniec wycieczki zbliża się nieubłaganie, nie warto za każdym razem rozbierać i ubierać butów. Cieliśmy przez wszystko co pojawiało się przed nami, rzeki, błoto, kałuże-oczywiście na pełnym gazie! Ten ostatni odcinek pętli zamykamy w Nieznajowej. Radzę zawczasu pogodzić się ze stanem ubrań i rowerów no i oczywiście ze spojrzeniami tubylców bo turysty nie spotkaliśmy żadnego!!!

Dzień 3

Kolejna pętla w tym samym rejonie wiedzie przez najcenniejsze przyrodniczo (i rowerowo!) tereny Magurskiego Parku Narodowego. Jak już wspominałem, mimo wysokiej rangi ochronnej, człowiek na rowerze nie jest tu intruzem. Należy to docenić i wykorzystać. Z Krempnej ruszamy asfaltem przez Kotań, następnie żółtym szlakiem i dalej leśną stokówką kierujemy się na Folusz. Trasa przeciętna, po wjechaniu w las w zasadzie cały czas się wspinamy, by w końcu dotrzeć na szczyt Magury Witkowskiej. Tu przecina naszą drogę czerwony szlak i zaczyna się asfalt. Burza wisi w powietrzu. Nad Foluszem leje, a przed nami ponad 7km fantastycznego zjazdu. Zapinamy bluzy, odpalamy kamerkę i hajda w dół. To co się działo na tym odcinku ciężko opisać, ponad 7km w ok. 9 minut, prędkość bez większego spinania oscylowała w okolicach 70km/h no i ten wyścig z burzą żeby nas nie dopadła na zjeździe. Udało się. Jeszcze susi i cali zadowoleni zjadamy pstrąga w FISHBARZE w Foluszu i zmuszeni już późną godziną mimo deszczu ruszamy dalej. Chyba sami nie wiedzieliśmy co nas czeka.

Godzina 18, deszcz nasila się(co ja gadam leje aż miło), oczywiście gubimy się w labiryncie polnych dróżek chcąc dojechać do Pielgrzymki. Wpadamy w leśną dróżkę i jedziemy nią prosto, jak się potem okazuje bez możliwości odbicia mimo woli wspinamy się na Kobyłę. Szlak zaczyna dosłownie płynąć. Droga to jedna wielka kałuża!! Takich jaj jeszcze w górach nie widziałem, nigdy przez coś takiego nie jechaliśmy. W końcu pada kamera a na zjeździe jedynym ratunkiem były hample tarczowe.

Okolice godz. 19,kompletnie przemoczeni podążamy kierując się na Mrukową i Desznicę. Deszcz ustaje ale błoto robi swoje. Tak skutecznie oblepia opony że koła przestają się dosłownie OBRACAĆ-NIE DA SIĘ JECHAĆ!!! Próbując siłowo kręcić kończy się to wciągnięciem wózka przerzutki w szprychy, na szczęście bez większych uszkodzeń już asfaltem toczymy się dalej. Zapada zmrok, ostatni zjazd do Kotani i już przy blasku księżyca wita nas Krempna. Chyba najlepsza nasza WYRYPA jak do tej pory w górach!!! Polecam wszystkim oczywiście w taką pogodę jaką my mieliśmy.

VI. Bieszczady 2008

V. Bieszczady 2007

IV. Bieszczady 2006

Komańcza i… urwany hak.

Tego nikt z nas się nie spodziewał!!! Zdążyliśmy pokonać delikatny podjazd asfaltem i wjechać na szlak. Droga robiła się coraz bardziej nieprzyjemna. Mnóstwo patyków i liści zaczynało wkręcać się nam co jakiś czas w koła. Nagle poczułem niepokojący trzask i odruchowo przestałem pedałować. Wiedziałem, że coś się stało z napędem. Po natychmiastowym zatrzymaniu okazało się, że tylny hak, na którym jest zaczepiona przerzutka – zerwał się… To nie wróżyło nic dobrego.

I rzeczywiście dalsza jazda nie była możliwa. Spadająca przerzutka złamała trzy szprychy (wyrywając jedną z obręczy). Jedyne co mogłem zrobić to zjeżdżać w dół – co później okazało się też niebezpieczne. Tylne koło nie trzymało się prawie w ogóle. Brak części haka spowodował, że zacisk nie był wystarczająco zamknięty i każdy gwałtowniejszy ruch mógł spowodować wypadnięcie koła. Dodam tylko, że na tak „zapiętym” kole zjechałem tym samym safaltowym podjazdem, którego kilka godzin temu pokonaliśmy. Tak telepiąc się dojechaliśmy do Komańczy. Wiedzieliśmy, że to już jest koniec naszej wycieczki. Po zapakowaniu rowerów i posileniu się w schronisku ruszyliśmy ku domowi. Obiecaliśmy sobie jednak, że za rok przyjedziemy tu i pokonamy tą trasę! 🙂

III. Góry Sowie i Stołowe – 2004

II. Zakopane 2001

I. Bieszczady 2000

Najdłuższe wakacje i najdłuższy wyjazd…

Rok 2000 – wtedy wszystko się zaczęło na poważnie, pierwszy prawdziwy wypad w góry w doborowym towarzystwie na prawdziwym góralu!! Pierwsza wyprawa i zarazem jak dotąd najdłuższa bo trwała prawie 2 tygodnie, no i skład 4 osobowy – już nigdy potem nie udało się nam tego powtórzyć. Ostaliśmy się tylko my dwaj tzn. ja i kumpel(pseudo Konieczko&Maślana), zaraziliśmy się tym sportem dość skutecznie bo ta choroba trwa do dziś!! Mamy rok 2010 i czuje że jeszcze największe wyprawy przed nami!!! Aczkolwiek z perspektywy czasu jak patrzę to w 2000r naprawdę ostro zaczęliśmy, nie mieliśy do końca pojęcia co nas czeka, dystans od Rabki aż po Ustrzyki wydawał się całkiem realny,opisy w Bikeboardzie były dość optymistyczne i dlatego niektórzy z nas niedocenili gór i troszkę się przeliczyli(kumpel spakował na rower co się dało począwszy od śpiwora a na klapkach prysznicowych kończąc co dało finalnie masę ok. 20kg/rower) po drodze połowę tego wyrzucił.

Wszystko zaczęło się od opisu z Bikeboardu bodajże z roku 1999, chłopaki z redakcji opisali fajną traskę przez polskie góry – podłapaliśmy to!!! Na hasło jedziemy wszysycy mieli banany na gębach!Start był przewidziany z Rabki, skąd mieliśmy polecieć przez Gorce, Beskid Sądecki, Niski aż w Bieszczady z metą w Ustrzykach Dolnych – jakieś pół tysiąca kilometrów po górach(po tylu latach wciąż robi to na mnie wrażenie). 5 rano 11 sierpnia 2000r pociąg zatrzymuje się na stacji w Rabce, kilka stopni powyżej zera,wywalamy się na peron z całym majdanem, każdy ubiera co ma – czapki rekawiczki bluzy – zimno jak cholera!!Kierujemy się w stronę czerwonego szlaku na Turbacz – to właśnie nim czyli Głównym Szlakiem Beskidzkim będziemy prawie cały czas jechać aż do końca. Naszym celem 1 dnia było oddalone o ok. 60km Krościenko nad Dunajcem. Wdrapawszy się (dosłownie) koło południa na Turbacz zdajemy sobie sprawę z powagi trasy – na licznikach dopiero jakieś 12 km, no ale było non stop pod górę – pocieszamy się. Można by opisywać bez końca piękno Gorców, mnogość widoków i ilość razy kiedy gubiliśmy drogę(żółtodzioby, leszcze etc.) Turbacz Z istotniejszych faktów 1 dnia należy odnotować pęknięty tylny trójkąt w biku Author Memphis kolegi Maślana – gdyby nie dłubał patyczkiem błota pewnie wogóle byśmy o tym się nie dowiedzieli do czasu gdy tylne koło nie odjechałoby na kolejnym zjeździe. Krótka wizyta we wsi Knurów, szybkie spawanko za browara i możemy smigać dalej – NIE DAMY SIĘ!!!

Do Krościenka docieramy dnia 2 po drodze zaliczając słynny Lubań i zjazd z niego( należy wspomnieć o braku amortyzatorów jakichkolwiek i hamplach typu cantilever na wyposażeniu u wszystkich)efektem czego na dole był brak klocków i srebrne palce od cisnięcia aluminiowych klamek – prawdziwy koszmar!!Upierdliwe były tylko co chwilę łapane kapcie – bez amora z przodu nie można było się porządnie bujnać w dół. Może to i dobrze bo spotkanie z kamieniem wielkości ludzkiej głowy mogłoby się różnie skończyć. I po ramie Niedzielne suszenie ciuchów pod sklepem w Szczawnicy to już kolejna historyjka, a potem fajny wjazd szutrem na Przechybę i dalej szybko do Rytra i Piwnicznej na nocleg w Łomnicy – oj podobało się wszystkim bez wyjątku. Lato 2000 roku było wyjątkowo upalne, wszyscy z nas pamiętają codziennie powiększające się pęcherze na ramionach od plecaków, także podjazd na Halę Łabowską w pełnym słońcu należy do niezapomnianych, a na górze była kiełbasa z musztardą i heja dalej na Jaworzyne Krynicką!!A stąd piekne widoki i obowiązkowe fotki pamiątkowe, no i w dół wzdłuż kolejki gondolowej stokiem narciarskim – niestety na cantileverach – kolejna próba sił – przegrywamy, pęd po kamykach był tak duży że nie udało się opanować maszyny – bliskie spotkanie z kumplem kończy się pokrzywionymi kołami i otarciami!! W Krynicy zaliczylismy 1 dniowy postój troszkę odpoczywając i naprawiając rowery – warunki w szkolnym schronisku PTSM były więcej niż do przyjęcia. Crash Za Krynicą okazało się że też jest pięknie,a może nawet i piękniej! Totalny spokój, bardzo fajne ścieżki prowadzące niejednokrotnie w brud albo korytem rzeki bardzo nam przypadły do gustu. Taki już jest Beskid Niski i chwała mu za to.

Mijaliśmy po kolei Wysową, Ujście Gorlickie, Krempną, Polany i w końcu urocze Jaśliska gdzie zabawiliśmy 1 dzionek czekając na kumpli którzy w Nowym Sączu szukali nowej sztycy – stara postanowiła się złamać na szlaku i próbowała skrócić naszą eskapadę. Nic z tego, do Komańczy wjechalismy w pełnym składzie w godzinach południowych a celem tego dnia była Cisna czerwonym szlakiem przez Chryszczatą i Żebrak. Na kontemplowaniu piękna przyrody i tropów niedźwiedzich zeszło nam sporo czasu. A gdy na wysokości jeziorek Duszatyńskich o mały włos nie wjechaliśmy w jeszcze ciepłą, leżącą na środku szlaku kupe niedźwiedzią mieliśy dość. Decyzja o cofnięciu się do asfaltu była natychmiastowa. Doperio ok. godz. 21 dotarliśmy niemal po omacku do bacówki pod Honem w Cisnej. Ledwie znalazło się dla nas miejsce na stryszku i resztka bigosu. Nad Soliną Morale grupy zaczęło lecieć na łeb, dlatego od Cisnej praktycznie nie zjeżdzaliśmy z asfaltu. Po drodze kąpiel w Polańczyku i super zjazd serpentynami do miejscowości Solina były zasłużonymi nagrodami. Ostatnia nocka wypadła w ustrzykach Dolnych, najpierw brak wolnych pokoi a potem jakiś domek z wąskimi schodkami na piętro wymusił wciąganie rowerów na balkon z ogródka – ot taki bonus na koniec. Ostatniego dnia na dojazd do Zagórza asfaltem zdecydowałem się ja z kumplem, reszta zapakowała się już do pociągu. A w Zagórzu to już była totalna masakra, piekące ramiona od plecaka, skóra spalona od słońca, ponad 500km w nogach i perspektywa 12 godzin w pociągu do Łodzi przed nami!!! Aha, bym zapomniał, cały wagon zajmowaliśmy my i chmara komarów które cięły nas przez całą noc – nikt nie zmrużył oka. Tak zapisał się w naszych pamięciach rok 2000, pierwszy niezapomniany rajd po górach, od tamtego momentu zaczęły się regularne wypady w góry i ich eksploracja, która trwa do dziś.