375km

Kolejna życiówka za nami: 375km, 14tyś kcal, 12l wypitej wody, 15 godz. na siodełku i 4.5km przewyższeń:

 https://www.sports-tracker.com/…/p…/5d0071ae0f3e49f70d7ea2cf

Początek był obiecujący! Piękna, letnia pogoda rozkręcała się na dobre… Przyjemny chłodek towarzyszył nam od 6 rano. Umówiliśmy się w Aleksandrowie (15km) na śniadanie (ławeczka). Andrzejek był pierwszy ale jak wspominał długo nie czekał. Po wpałaszowaniu serka wiejskiego (must have) ruszyliśmy w stronę Uniejowa. Po drodze w Poddębicach zaliczyliśmy zwiedzanie (zewnętrzne) szkoły i drugie śniadanie. Ciało pragnęło zatrzymywać się na dłużej przy każdym przystanku. Rozum ponaglał. Zbyt długie przystanki miały dopiero pokrzyżować nam szyki… W Uniejowie rozłożyliśmy cały ekwipunek i zlegliśmy przy parasolach tuż przy ciepłych źródłach. Upał zdawał się hamować bo temperatura była nadal przyjemna. Nic nie zapowiadało tego co miało nadejść… 

W Przykonie odbiliśmy w bok omijając ruchliwą drogę. Jeden przystanek na stacji benzynowej uzmysłowił nam, że jest źle… Nie mineło południe a upał był nie do zniesienia… Żar lał się z nieba. W radiu leciały ostrzeżenia jedno za drugim żeby od 10 godziny do 15 najlepiej zostawać w domu (a nie bić życiówkę). Resztkę wody, która nie mieściła nam się w bidonach momentalnie wylewaliśmy na siebie! To pomagało przynajmniej na 15 minut. Wiedzieliśmy, że musimy jak najszybciej pokonać tą drogę i dojechać do apteki gdzie czekał już na nas obiad i klimatyzowane pomieszczenie. To miała być połowa drogi. Zatrzymaliśmy się jeszcze na stacji benzynowej w celu uzupełnienia prowiantu (także tego w brzuchu). Swoje zapasy wyjadłem tuż za Uniejowem… Pochłanialiśmy wszystko co napotkaliśmy na drodze! Łącznie z hod-dogami, ciastkami i wygranymi w zdrapkę energetykami… 

Droga od Konina zaczęła się fatalnie. Pędzące tiry nie pomagały (zasysając nas choć przez chwilę). Postanowiłem wcisnąć w pedał i przyspieszyć tą fatalną jazdę. O mały włos nie skończyło się to rozjechaniem przez łódź!!! Tak tak. Jakiś kierowca wiózł na przyczepie wielki statek… Wyprzedzając nas zapomniał chyba o tym fakcie! Andrzejka jeszcze minął w rozsądnej odległości ale dla mnie już zabrakło miejsca… Tylko refleks uratował mnie i moją głowę, która niechybnie została by potrącona przez prawą burtę!!! Z takimi przygodami pokonaliśmy najgorszy kawałek i dotarliśmy do Ślesina…

To był chujowy upalny wtorek. Pewna starsza pani wyszła na leżak poczytać sobie gazetę. Nic nie zapowiadało ciekawego. Ot taki gorący dzień. Nagle pojawiło się dwóch nagrzanych rowerzystów. Niewiele myśląc zostawili swoje przyodzienie i zaczęli chłodzić się w bystrych nurtach ślesińskich jezior. Pani gazety chyba nie doczytała… Miała inne atrakcje – tym bardziej, że owi kolarze nie mieli nawet jednego ręcznika. Kit! Raz się żyje! Nie mogliśmy sobie pozwolić by upał zabił nas przed osiągnięciem celu!!!

Odświeżeni z chłodną głową i ciałem podążyliśmy w kierunku Strzelna. Tam jak już wspomniałem czekał na nas obiad i chłodne pomieszczenie z gorącym personelem, który pomógł nam jak mógł. Zaopatrzyliśmy się nawet w oliwkę dla niemowląt. Okazała się niezbędnym lekiem na nasze cztery litery… Niestety w miłym towarzystwie czas szybko mija… Nim się obejrzeliśmy wybiła 15. Andrzejek uparł się aby pozwiedzać okoliczne zabytki. Co jak co ale lody były tam rewelacyjne! Pokrzepieni tym wszystkim rozpoczęliśmy drogę powrotną do domu…

Jak by czasu było nadto zatrzymaliśmy się na kolejne kompanko w Skulsku… Upał niestety nie odpuszczał… Kolejne minuty uciekały w przepięknej scenerii i ciepłych jeziorach. To był gwóźdź do trumny. Tak jeszcze nie opieprzaliśmy się na żadnej wycieczce… A to miała być rekordowa wyprawa! Andrzejek miał przekroczyć po raz pierwszy w życiu 300km (witaliśmy go w gronie 3-stu) a ja pobić swoje 365km. Trasą mogliśmy jechać jeśli ją widzieliśmy… Od Kłodawy zaczęły się schody! Na szczęście droga przez Krośniewice okazała się równa jak stół i miała pięknie szerokie pobocze. Niestety tego nie można było powiedzieć o drodze Łęczyca – Ozorków. To nas uziemiło na wsi. Zmęczenie dawało o sobie znać. Mieliśmy wybór: zakończyć zjadę u Rodziców i pożegnać się z biciem życiówek albo kręcić się po mieście jak owsiki… Oczywiście wybraliśmy to drugie!!! Przynajmniej do momentu aż Andrzejkowi mi spadły morale do minimum. Zaczął gadać po czesku, że po chu.. to robimy… I on żadnej życiówki nie chce bić – chce jechać do domu! Na szczęście już zaczęło świtać. Mogliśmy zatem ruszyć obwodnicą Ozorkowa w stronę domu. Dzięki kółkom na wsi osiągnęliśmy wymarzone 300km Andrzejka a potem pobiłem 365km osiągając zawrotne 375km… Miałem szaloną myśl dobić do 400km ale na 9 rano musiałem iść do pracy… Czwórkę z przodu zostawiamy sobie na rok 2020 🙂 🙂 🙂

 

Film

Related posts